Translate

czwartek, 11 lipca 2013

A brzuch rósł, rósł...

Osiołka poznałam wirtualnie jeszcze za czasów Pana Ex... Byliśmy grzeczni, zero dziwnych podtekstów, zwykła znajomość oparta na plotkowaniu i wygłupach na czacie...

W międzyczasie z Panem Ex zaczęło się robić coraz mniej ciekawie. Wcześniej dość zgodna z pozoru para - głównie dzięki mojemu ciągłemu ustępowaniu i rezygnowaniu z siebie - zaczęła kłócić się o byle co. Ja chciałam, żeby odrobinę "poluzował mi smycz", on chciał ją jeszcze wzmocnić. Tak ściskał i naciągał, że wszystko pękło jak bańka mydlana. Dziwne to było, po prawie siedmiu latach od tak się rozstać, ale zarazem spadł mi wielki kamień z serca. Mogłam być sobą w pełni - ciekawe uczucie.

Po kilku miesiącach "samotności" zdobyłam się na odwagę, żeby przenieść wirtualnego Osiołka do realnego życia. Spotkaliśmy się pierwszy raz - mimo wcześniejszych obaw było bardzo sympatycznie. Na tyle sympatycznie, że spotkania zrobiły się częstsze i bardziej zaawansowane - sylwester tylko we dwoje, spacery przy -17 stopniach dookoła zamku. Dobrze nam było razem jednym słowem.

Dnia 14 lutego 2012 stuknęło nam pół roku "chodzenia ze sobą" przeplecionego okresami weekendowego pomieszkiwania razem. Miesiąc później zaczęłam chudnąć, bez żadnej konkretnej przyczyny. Potrafiłam przespać 14 godzin dziennie, a i tak było mi mało. Czułam się ciągle śpiąca, ciągle zmęczona. Jakiś dobry duszek podszepnął mi żeby podejść do apteki. Podeszłam. Rezultatem tego 02 kwietnia 2012 roku stałam się najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Test ciążowy pokazał wymarzone dwie kreseczki. Piszczałam i beczałam ze szczęścia na zmianę. Dopiero po chwili przyszedł moment opamiętania - jak ja o tym powiem Osiołkowi? Lubimy się, jesteśmy w sobie zakochani, ale to wszystko dla niego mogło się stać za szybko. Moje obawy się okazały bezpodstawne - fakt w szoku to on był, trochę przestraszony pewnie też, ale jednak się cieszył i stwierdził, że "może to i lepiej teraz, będziemy mieć planowanie dziecka z głowy, idziemy na żywioł".

I poszliśmy na ten żywioł. Zaczęliśmy planować wspólne życie. Poinformowaliśmy rodziców, że zostaną dziadkami. Moi dostali "jopla", bo to ich pierwsze wnuczę. Jego też dostali, chociaż już jedna wnusia (pół roku starsza od Wredotki) miała się na dniach wykluć. Przygotowaliśmy mieszkanie na przyjście maleństwa.

Początkowo wszystko było cacy. Przeszło ciągłe zmęczenie i zaczęłam się czuć kwitnąco. Brzuszek rósł powoli i ślicznie się zaokrąglał. Chodziłam do pracy, bo siedzenie w domu cały dzień to trochę dużo. Wredotka zaczęła się rozpychać na boki swoimi malutkimi kolankami. Miała to kopnięcie, oj miała - czasem nawet Osiołek dostawał w nocy potężne baty jak się do mnie przytulał. Zaczęłam też wtedy rozumieć czemu kobiety uważają, że ciąża to taki magiczny czas. Czuć małego człowieczka buszującego Ci pod sercem - bezcenne. Nawet puchnące nogi, ciągły ucisk na pęcherz, czy bolący krzyż nie są w stanie tego uczucia zniwelować.

W 28 tygodniu lekarz prowadzący ciążę położył mnie w szpitalu z podejrzeniem hipotrofii płodu. W jego opinii mała za słabo przyrastała, a dysproporcje pomiędzy wielkością główki, a resztą ciałka mieściły się w granicach miesiąca. Przez moją głowę zaczęło przesuwać się mnóstwo myśli - z jedną przewodnią "żeby wszystko było dobrze". Nasz szpital jest mało specjalistyczny, więc nic nie znaleźli. Kazali mi położyć się w większym szpitalu - położyłam się. Tam też nic nie znaleźli, chcieli przeprowadzić badanie genetyczne płodu, ale nie wyraziłam zgody, bo co niby miało mi to dać? Tam w środku była moja kruszynka - zdrowa czy nie i tak była moja i chciałam ją w spokoju donosić. Przecież gdyby wyszło, że jest chora to i tak bym jej nie usunęła, a dodatkowe nerwy na pewno by nie pomogły ani mi, ani jej.
W 32 tygodniu znowu zjawiłam się szpitalu - tym razem z nadciśnieniem. Uregulowali - puścili do domu. W 36 tygodniu wróciłam tam na kilka dni - znów uregulowali i puścili. W 39 tygodniu już nie chcieli puścić - uznano, że będę siedzieć na szpitalnym łóżku dopóki nie urodzę. Siedziałam grzecznie. W międzyczasie doszukali się u Wredotki wady serca, niby nic wielkiego, ale u nas sprzętu specjalistycznego brak, więc oznajmiono mi, że jak zacznę rodzić to karetka powiezie mnie w siną dal. I powiozła...

Dnia 23 listopada 2012 złapały mnie skurcze. Karetka zawiozła mnie do Gdańska... o tym co się tam działo opowiem troszkę później :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz