Translate

czwartek, 11 lipca 2013

i pękł...

Dojechałam do szpitala w Gdańsku i cała akcja porodowa minęła jak ręką odjął. Nasiedziałam się w izbie przyjęć, bo miejsca dla mnie na patologii ciąży nie było. Po dobrych dwóch godzinach siedzenia na twardym krzesełku dostałam przydział do sali – na oddziale położniczo-izolacyjnym.

Żadnej kobiecie nie życzę leżenia w takim miejscu. Co prawda ja trafiłam do pokoju z przesympatyczną dziewczyną, dla której tak jak dla mnie nie było miejsca w „normalnej” sali, ale ta cisza dookoła, ta ponura atmosfera była bardzo przytłaczająca. Przebywając tam zaczęłam doceniać to co mam. Moja Wredotka wytrwała w moim brzuchu do 40 tygodnia. Większość z kobiet, które tam leżały nie miały takiego szczęścia. Do dzisiaj mocno tkwią mi w pamięci dwie sytuacje:
  • Poszłam do toalety. W drzwiach minęłam się z śliczną dziewczyną. Zatrzymała mnie nieśmiało i spytała, który to tydzień. Powiedziałam, że czterdziesty, więc zapytała, czy może pogłaskać mój brzuch. Była w 26 tygodniu, a już odeszły jej wody. Trzymali ją na oddziale, monitorując wszystko, żeby dać dziecku jak najwięcej szans na dorośnięcie. Z tego co wiem maleństwu nie było dane rosnąć zbyt długo, bo już następnego dnia zabrali ją na salę operacyjną.
  • Wyszłam na korytarz rozprostować kości. Na ławce przed salą porodową siedziało dwóch mężczyzn – zapewne ojciec i syn. Jeden wycierał ukradkiem łzy, drugi chował głowę w dłoniach. Na sali był ruch - bezszelestny. Dziewczyna w 25 tygodniu właśnie zaczęła rodzić. Maleństwo miało bardzo małe szanse na przeżycie. Ta cisza na korytarzu do teraz dudni mi w uszach.
Przeleżałam grzecznie cały weekend. W poniedziałek postanowiono, że podłączą mnie do kroplówki i spróbują wywołać poród. O 8 zabrano mnie do sali, sprawdzono skurcze, zrobiono wkłucie i kazano chodzić wkoło z kroplówką przy nodze. Grzecznie chodziłam – aż mi się w głowie kręciło. Około 10 było już wiadomo, że poród dojdzie do skutku dzisiaj, bo skurcze znacznie się wzmocniły. O 11 zadzwoniłam do Osiołka, że najwyższy czas, żeby spakował tyłek do samochodu i przyjeżdżał trzymać mnie za rękę. Nie było go jeszcze kiedy wszczęłam alarm, że chyba odeszły mi wody. Okazało się, że to nie wody, a krew. Było jej tak dużo, że momentalnie zrobiło się dookoła mnie tłoczno. Podłączono mnie do usg, sprawdzano, czy nic się nie stało z łożyskiem. Na szczęście wszystko wyglądało dobrze. Osiołek dojechał na miejsce. Kręcił się dookoła mnie, a ja robiłam się coraz bardziej nerwowa, bo malutka strasznie się pręzyła i kopała. Podłączono mi tlen, bo zaczęłam panikować. W sumie to nie wiem czemu. Ból dało się wytrzymać, ale cały czas mi się tam gdzieś w podświadomości roiło, że coś jest nie tak. Wredotka zaczęła gubić tentno, więc o 14:15 podjęto decyzję, że zabierają mnie na sale.
Zabrali, zanieczulili, podłączyli do całej aparatury i wzięli się za krojenie. Osiołek czekał poddenerwowany pod drzwiami. O 14:35 zobaczyłam kątem oka, jak moje maleństwo jest wyciągane. Nie płakała. Zabrali ja do drugiego pokoju, a mnie ni z gruszki ni z pietruszki wszyscy zaczęli zabawiać. Po minucie usłyszałam płacz. To była Wredotka. Taki cichutki, śmieszny skrzek. Niedługo potem ją zobaczyłam. Calutką owiniętą w ręcznik. Pocałowałam maleńki nosek, pogłaskałam policzek i ją zabrali do inkubatora. Leżałam trochę otumaniona. Zawieziono mnie na salę – zaryczaną jak bóbr, bo nie tak miał mój poród wyglądać. Miał być naturalny, tak żebyśmy mogli się z Osiołkiem nacieszyć pierwszymi wspólnymi chwilami z Wredotką.

Po jakichś 15 minutach zjawił się Osiołek. Powiedział, że jestem dzielna i jest ze mnie dumny, że bardzo mnie kocha i kocha naszą malutką.
„Mała dostała 8 punktów na początku, potem podskoczyła na 9. Ma 3900 i mierzy 57 cm”
„Jak to ma 3900? Przecież mówili jeszcze dzisiaj, że ona ma niecałe 2600! Co z serduszkiem?”
„No nie wiem tak mi przekazali (jak się okazało tak był podekscytowany, że źle usłyszał – mała miała 3090). Z serduszkiem jeszcze nie wiadomo, bo kardiolog ma dopiero przyjechać i ja zbadać. A wiesz kochanie, mała ma inną rączkę. Prawe przedramionko ma krótsze i głoń ma taką zwiniętą w kulkę, ale paluszki ma wszystkie.”

Przytkało mnie na chwilkę, ale tylko po to, żeby pomyśleć „Moja biedna maleńka, będzie miała ciężko”... I tyle... Tak bardzo chciałam ją przytulić, pocałować. Kompletnie nie zmartwiłam się tym, że z rączką nie wszystko jest w porządku, że ona wizualnie nie jest taka jak inne dzieci. Myślałam tylko o tym, żeby ją wypuścili z tego plastikowego pudła, żebym mogła się nią zająć. Bardzo bolało mnie to, że inne mamy leżą z maleństwem w objęciach, a moja Wredotka jest gdzieś tam sama i pewnie się boi. Dziwiłam się potem swoim zachowaniem, bo przecież malutka urodziła się niepełnosprawna, a co za tym idzie czekać nas będzie sporo wizyt u lekarzy, sporo męczarni z nastawieniem innych ludzi, ale jakoś wtedy w tamtym momencie, kompletnie mnie to nie obchodziło. To wszystko miało być dopiero potem.
I tak mi minął pierwszy dzień macierzyństwa...

A oto moja malutka Wredotka:






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz