Translate

wtorek, 16 lipca 2013

Mama wymemłana...

Ależ się dzisiaj czuję wymemłana...jakby mnie ktoś przez dobrą maszynkę do mięsa na kawałki przemielił...

Turlałam się dzisiaj po łóżku z dobre półtora godziny... gdy wreszcie załapałam fazę na sen, okazało się, że Wredotce bardzo wyschło w gardle i zaczęła kwilić jak małe kociątko. Kraina senna oddaliła się ode mnie na kolejne pół godziny, bo trzeba było małą napoić i powalczyć ze skarpetkami – ja jej zakładam skarpetki, a ta hyc hyc nóżką dwa razy i skarpety nie ma... taka fajna zabawa w kotka i myszkę, żeby mamusia miała jeszcze trochę atrakcji.

Udało mi się wreszcie powieki zamknąć, sen przyszedł... ale dosłownie chwilę potem (w moim mniemaniu) zadzwonił budzik... Miałam ochotę utopić się pod prysznicem z niewyspania.
Wyobraźcie sobie, że mając małe dziecko w domu nie przyzwyczaiłam się do zbytniego zarywania nocek, bo Wredotka sypia jak aniołek. Od wyjścia ze szpitala przesypiała mi do 1:00 – 2:00, a potem budziła się dopiero o 5:00. Patrząc na to, co niektóre mamy mają z maluchami – wstawanie 5, 6 razy, żeby maleństwo nakarmić – to muszę przyznać, że trafił mi się skarb nie dziecko. Tym bardziej, że od 4 miesiąca mała przestała jeść w nocy i przesypia od 20:00 do 5:00 – 6:00... bajka, co nie?

Spoglądam za okno i wyć mi się chce... kto ukradł słońce?! Przyznawać się?! Jakby nie to, że Wredotka uwielbia przebywanie na świeżym powietrzu, to o ten niecny proceder podejrzewałabym właśnie ją. Osiołek specjalnie dla nas zmontował hamak w ogródku... ale pogoda jakoś nie zachęca do leżenia w nim. Mnie nie zachęca, bo Wredzia jak widzi kolorowy materiał to się cała trzęsie. Jakby miała ogonek to by jej chyba latał na prawo i lewo bez sekundy odpoczynku. Jak to mało dzieciom do szczęścia jest potrzebne :)
 
Mała modelka...


Z prababcią swą...

Czas na drzemkę...
 
 
Jeszcze kilka dni i spuchnę z dumy jak balon. Moje dziecko jest coraz bardziej rozumne i coraz rozkoszniejsze. Wracam sobie z pracy, srajtuś siedzi zawalony zabawkami - spogląda na mnie, uśmiecha się od ucha do ucha, "ma mama ma". Jeśli okażę się wyrodną matką i nie podejdę do niej zaraz po wejściu, tylko zacznę ściągać buty, od razu zaczyna się płacz i lament. A płacz i lament to nie wszystko - moje dziecko zaczyna strzelać focha, jak zawodowa kobieta. Gdy nie zajmę się Wredzią od razu po wejściu do domu, a biorę ja do przytulenia chwilę później, jak zdąży się już zasmarkać z rozpaczy, to najzwyczajniej w świecie się ode mnie odpycha i odwraca głowę... dopiero pierdzioszki w brzuszek są w stanie spowodować, że spojrzy na mnie łaskawszym okiem i nawet sama się przytuli. Takie to małe i takie cwane... aż strach pomyśleć co to będzie potem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz