Translate

poniedziałek, 22 lipca 2013

...weekendowo...

Wreszcie chwila oddechu i czas na wklepanie jakiejś notki... śmieszne to trochę, że czas na pisanie mam w pracy, a nie w domu... ale bywa i tak.

Weekend wyjątkowo pracowity... niby w piątek wzięłam wolne, ale za dużo na tym nie skorzystałam. Przy Wredotce ciężko czasem odpocząć a co dopiero przy gościach. Jeden plus tego wszystkiego taki, że miałam dla małej sporo czasu i mogłyśmy się wyściskać na maxa. Wredotka robi postępy i nauczyła się dawać buziaki – wielkie śliniacze, w to co uda jej się trafić – czyli najczęściej policzek, nos, nogi :)

Piątkowy wieczór po raz pierwszy od prawie 8 miesięcy mieliśmy z Osiołkiemwychodny”. Wybraliśmy się do znajomych na grilla. Dziwne uczucie pójść gdzieś samemu, bez Wredotki. Człowiek szybko przyzwyczaja się do tego, że taka mała istotka ma wpływ na wszystko i potem bez niej się robi dziwnie pusto. Na grilla jechałam z wielkim planem wypróbowania możliwości nowego aparatu – skończyło się tylko na trzech fotkach, z których dwie wyszły :/ Zabawiliśmy trochę dłużej niż było to planowane, skutkiem czego ja w sobotę chodziłam na rzęsach. A sobota była pracowita, oj pracowita.

 



Sobota - kierunek Biała Góra. Wredotka miała oglądać tamę, ale jakoś średnio ją to interesowało. Za to napaliła się na pierwszego w życiu biszkopta. Obiadków to ona gryźć nie potrafi, krzywi się i zaciska buzię jak tylko wyczuje grubsze kawałki, a biszkopty wcina jak szalona. Już teraz widać, że po mamusi i tatusiu będzie łasa na slodkości :)
 
 

 


 

Mniam mniam!

Biała Góra poruszenia w niej nie wywołała, za to spacer dookoła zamku, pośród tłumów zwiedzających i straganów z różnościami był niezwykle pasjonujący. Ja się wściekałam i puszczałam wiązanki pod nosem, bo przejść z wózkiem w takim tłumie to katastrofa, a mała bawiła się w najlepsze. Spacer ogółem wyszedł nam na minus – dziecko wymęczyło się tak bardzo, że zasnąć nie mogło, a po drodze w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął but i smoczek.
 
 

 


Taka mała dygresja odnośnie spaceru... w centrum miasta, koło fontanny clowni sprzedawali balony. Stwierdziłam, że co jak co, ale zdjęcie z clownem Wredotka mieć musi! Pani Clown była niezwykle miła. Wredzia zapatrzyła się na nią tak bardzo, że nawet do zdjęcia nie chciała się uśmiechnąć. Pierwszy raz od czasu urodzenia małej spotkałam się ze wzrokiem mówiącym „biedne dzieciątko”. Nawet w szpitalu, czy w pracy nikt nie dał mi odczuć, że Wredotka wygląda jakoś nie tak. Nie było to nachalne, czy niemiłe, ale było. I tak sobie uświadomiłam, że to będzie pojawiać się coraz częściej i trzeba się trochę do tego przygotować, tylko jak...



Niedziela miała być czasem odpoczynku dla mnie. Sprzedałam małą wujkom i ciociom, którzy przyjechali niby w odwiedziny do babci, ale już od wejścia do domu się pytali „Gdzie Eliza?”. Potem jakimś cudem udało mi się wymigać się od dwóch spacerów z Wredotką, żeby poleżeć sobie tyłkiem do góry. Leżenie wyglądało tak, że wstawiłam pranie, sprzątnęłam szafę i zmieniłam Wredzi pościel. Wzięłam się też za robienie małej pamiątkowego albumu ze zdjęciami, ale okleiłam tylko pierwszą stronę. W takim tempie to ja do jej 18-nastki, się z tym nie wyrobię :)

 

 



Raaaany... coś weny na pisanie dzisiaj mi trochę brak. Takie długie przerwy nie sprzyjają płodzeniu postów... Za dużo się działo, żeby to opisać po prostu, więc poszłam na łatwiznę i okrasiłam wpis zdjęciami – można sobie samemu dopisać całą historię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz