Weekend wyjątkowo pracowity... niby w
piątek wzięłam wolne, ale za dużo na tym nie skorzystałam. Przy
Wredotce ciężko czasem odpocząć a co dopiero przy gościach.
Jeden plus tego wszystkiego taki, że miałam dla małej sporo czasu
i mogłyśmy się wyściskać na maxa. Wredotka robi
postępy i nauczyła się dawać buziaki – wielkie śliniacze, w to
co uda jej się trafić – czyli najczęściej policzek, nos, nogi
:)
Piątkowy wieczór po raz pierwszy od
prawie 8 miesięcy mieliśmy z Osiołkiem „wychodny”. Wybraliśmy
się do znajomych na grilla. Dziwne uczucie pójść gdzieś samemu,
bez Wredotki. Człowiek szybko przyzwyczaja się do tego, że taka
mała istotka ma wpływ na wszystko i potem bez niej się robi
dziwnie pusto. Na grilla jechałam z wielkim planem wypróbowania
możliwości nowego aparatu – skończyło się tylko na trzech
fotkach, z których dwie wyszły :/ Zabawiliśmy trochę dłużej niż było to planowane,
skutkiem czego ja w sobotę chodziłam na rzęsach. A sobota była
pracowita, oj pracowita.
Sobota - kierunek Biała Góra.
Wredotka miała oglądać tamę, ale jakoś średnio ją to
interesowało. Za to napaliła się na pierwszego w życiu biszkopta.
Obiadków to ona gryźć nie potrafi, krzywi się i zaciska buzię
jak tylko wyczuje grubsze kawałki, a biszkopty wcina jak szalona.
Już teraz widać, że po mamusi i tatusiu będzie łasa na slodkości
:)
Mniam mniam!
Biała Góra poruszenia w niej nie
wywołała, za to spacer dookoła zamku, pośród tłumów
zwiedzających i straganów z różnościami był niezwykle
pasjonujący. Ja się wściekałam i puszczałam wiązanki pod nosem,
bo przejść z wózkiem w takim tłumie to katastrofa, a mała bawiła
się w najlepsze. Spacer ogółem wyszedł nam na minus – dziecko
wymęczyło się tak bardzo, że zasnąć nie mogło, a po drodze w
niewyjaśnionych okolicznościach zaginął but i smoczek.
Taka mała dygresja odnośnie
spaceru... w centrum miasta, koło fontanny clowni sprzedawali
balony. Stwierdziłam, że co jak co, ale zdjęcie z clownem Wredotka
mieć musi! Pani Clown była niezwykle miła. Wredzia zapatrzyła się
na nią tak bardzo, że nawet do zdjęcia nie chciała się
uśmiechnąć. Pierwszy raz od czasu urodzenia małej spotkałam się
ze wzrokiem mówiącym „biedne dzieciątko”. Nawet w szpitalu,
czy w pracy nikt nie dał mi odczuć, że Wredotka wygląda jakoś
nie tak. Nie było to nachalne, czy niemiłe, ale było. I tak sobie
uświadomiłam, że to będzie pojawiać się coraz częściej i
trzeba się trochę do tego przygotować, tylko jak...
Raaaany... coś weny na pisanie dzisiaj
mi trochę brak. Takie długie przerwy nie sprzyjają płodzeniu
postów... Za dużo się działo, żeby to opisać po prostu, więc
poszłam na łatwiznę i okrasiłam wpis zdjęciami – można sobie
samemu dopisać całą historię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz