Większość ludzi na teściów
narzeka. No może źle się wyraziłam, nie tyle na teściów, co na
teściowe. Ja mam ten luksus, że robić tego nie muszę. Fajna babka
z tej mojej drugiej mamuśki. Fakt nawet najwspanialsi teściowie
miewają czasem takie pomysły, że człowiek by ich w łyżce
herbaty utopił, ale wtedy trzeba szczękę zacisnąć i przeczekać.
Na razie udaje mi się to dość sprawnie i oby (odpukać) tak
zostało.
Osiołek chyba się cieszy, że ma
towarzystwo i nie musi cały dzień wysłuchiwać tylko „mama baba
nie”. Taki jakiś od dwóch dni chodzi milusiński i przyczepny, że
aż się muszę czasem od niego odpędzać jak od natrętnego
trutnia, bo ileż czułości może znieść jedna niedotykalska baba?
:P Wracając do teściów, to ja jako tako na razie nie odczułam
jeszcze za bardzo ich obecności, bo przez większość czasu po
prostu mnie nie ma, a jak już jestem to się chcę trochę z moim
dzieckiem poprzytulać, bo mi się coraz bardziej szkoda robi, że
ona tak szybko rośnie... śmieszne co nie? Ma dopiero niecałe 8
miesięcy, a ja mam wrażenie, że się zrobiła już całkiem inna
niż była i staram się łapać wszystkie sekundy, bo ona z dnia na
dzień nabywa nowe umiejętności. Ani się obejrzeć, a będzie
trzaskała drzwiami i strzelała fochy, bo matka z ojcem nie
rozumieją jej dojrzewających potrzeb :D
Wiem, wiem trochę wyolbrzymiam, bo do
dorastania jeszcze długa droga – zapewne niełatwa. Trochę się
martwię co to się będzie działo jak Wredotka pójdzie do dzieci.
No niby ma tylko troszkę inną tą jedną łapkę, ale dzieci bywają
okrutne... wyśmiewają się z okularów, pieg, nadmiernej tuszy, czy
biedy... więc ta moja mała łapka też się może stać przyczyną
jakichś tam utrudnień w kontaktach z rówieśnikami. Po cichu liczę
na to, że się obejdzie bez większych, czarnych scenariuszy, ale
na wszelki wypadek nauczę Wredzię kilku ciosów poniżej pasa...
żeby dała sobie radę z natrętami.
Nie ma to jak zboczyć z tematu
teściów, na problem adaptacji Wredotki wśród rówieśników,
który na dobrą sprawę problemem jeszcze nie jest... ehh... tylko
ja miewam takie zdolności.
Wczoraj wybyłam na szkolenie –
pasjonujące jak flaki z olejem. Tematyka nie z mojej bajki – płace
i ich korekty. W sumie od czasu powrotu z macierzyńskiego w jakiś
tam sposób jest to moja bajka, ale... mnie po prostu to nie kręci.
Się czułam jak mały szczyl wśród tych wszystkich „dorosłych”
księgowych. To chyba jedyna sytuacja, w której ostatnimi czasy się
młodo czuję. Niby nie doczołgałam się nawet do 30-tki... jeszcze
3 lata przede mną do magicznej trójki z przodu... ale jak
przychodzą do nas stażyści z dokumentami – niewiele przecież
młodsi ode mnie – i mówią, „dzień dobry Pani”... to serce
się człowiekowi kraje :(
Koniec!! Zaczynam się pogrążać,
starczy pisania na dzisiaj! Zdecydowanie widać, że cierpię na brak językowego (w sensie plotkarskiego, bez głupich skojarzeń!) towarzystwa. Ale tak to już bywa jak człowiek odgoni od siebie wszystkich...
Poniżej rezultat dorwania się teścia
do aparatu (zdjęć chyba z 300 wczoraj stuknęło):
| Nie cwaniakuj mi tutaj! |
Nie chcą mi dać jeść - zjem króliczka!
Poczytamy?
Uciekam, uciekam - ups... ojciec czujny :)
Tato, bo się posikam!
Mamusia wróciła...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz