Walczyłam w tamtym czasie z różnymi
uczuciami:
- począwszy od nienawiści do innych mam, za to że mogą się cieszyć swoimi maleństwami,
- poprzez złość na cały szpital, że mnie wepchnął do czteroosobowego pokoju – chyba specjalnie po to, żebym dostawała jopla jak tylko, któreś z małych pisklaków zaczyna stękać,
- oczywiście był też żal, że jestem tak beznadziejną matką, już od samego początku, bo nie mogłam postarać się o to, żeby moje dziecko było zdrowe i mogło leżeć obok mnie,
- a kończyło się na bezgranicznym smutku, bo ta mała Wredotka leżała kilka pokoi dalej sama – niby jej było ciepło i bezpiecznie, ale co przy mamie to przy mamie.
Osiołek jak się dowiedział, że
Wredotkę wyciągają ze szklanego gniazdka przyleciał do szpitala jak na skrzydłach. Do
teraz jeszcze czuję to małe cieplutkie ciałko przytulone po raz
pierwszy do mojej piersi. Była taka drobniutka, chudziutka i
delikatna. Tą swoją malutką piąstkę położyła mi koło
serduszka – bezcenne. Od tego momentu zaczęliśmy budowanie nowego
życia – w trójkę.
Dwa dni później dostaliśmy wypis ze
szpitala. Wyszliśmy z oddziału o 23... choć nie obyło się bez
przygód. Osiołek zabrał opatuloną po czubek nosa Wredotkę do
samochodu, a ja czekałam jeszcze na jej wypis. Stałam grzecznie na
korytarzu, a tu patrzę leci osiołek cały blady na twarzy, macha
nosidełkiem i ledwie oddech łapie. „Mała nie oddycha!” Dotykam
jej policzki – chłodne, lekko nią potrząsam – nic, podkładam
palec pod nos – no przecież oddycha! Wredzi tak podobała się
myśl, że jedzie wreszcie do domu, że zasnęła jak kamień :)
Kolejne dni mijały spokojnie... Ja
rodzinę mam sporą, więc Wredotkę odwiedziło, mnóstwo gości,
począwszy od babć i dziadków, poprzez prababcie, aż do wszelkiego
rodzaju cioć i wujków. Każdy zachwycał się małą istotką –
bo było się czym zachwycać, że tak nieskromnie powiem.
Co więcej jestem wdzięczna mojej
rodzinie, rodzinie Osiołka i naszym przyjaciołom, za wsparcie i
pomoc, które nam okazywali od samego początku. Każdy żywo
interesował się rączką malutkiej, ale w pozytywnym tego słowa
znaczeniu. Pytali jak mogą nam pomóc. Nikt nie okazał ani odrobiny
uczuć negatywnych - czego troszkę się obawiałam, bo nie oszukujmy
się reakcje ludzi na osoby niepełnosprawne, z różnego rodzaju
wadami, bywają nie zawsze książkowo tolerancyjne.
Malutka przeszła szereg badań:
- kardiologicznych – serduszko się unormowało samo z siebie i nie ma już żadnych nieprawidłowości w przepływach
- genetycznych – w celu wykluczenia innych chorób, które mogłyby spowodować niedorozwój rączki
- ortopedycznych – na dzień dzisiejszy Wredotka jest po dwóch operacjach( pierwsza jak miała 2 miesiące i druga jak miała 3 i pół), które miały na celu zniwelowanie przewężenia amiotycznego w nadgarstku. Obecnie czekamy na kolejny zabieg, który poprawi wygląd ręki, ale na to mamy jeszcze trochę czasu.
Teraz wolę się skupić na naszej rodzinnej
codzienności... jesteśmy zwyczajnie-niezwyczajni i nudno-ciekawi...
Każdy dzień wygląda niby tak samo, a jednak inaczej... i o tym
chcę pisać dla Ciebie malutka, żebyś potem miała czarno na
białym, jak to z nami było...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz