Translate

piątek, 12 lipca 2013

szybki koniec historii...

Od chwili porodu stałam się beksą z prawdziwego zdarzenia. Nawet teraz jak o tym pomyślę to mi się łzy w oczach zbierają. Minęło 20 godzin od porodu zanim mogłam pogłaskać moją małą Wredotkę i pooglądać ją troszkę przez szybkę. Wyglądała tak bezbronnie. Jej małe oczka były takie smutne.

Walczyłam w tamtym czasie z różnymi uczuciami:
  • począwszy od nienawiści do innych mam, za to że mogą się cieszyć swoimi maleństwami,
  • poprzez złość na cały szpital, że mnie wepchnął do czteroosobowego pokoju – chyba specjalnie po to, żebym dostawała jopla jak tylko, któreś z małych pisklaków zaczyna stękać,
  • oczywiście był też żal, że jestem tak beznadziejną matką, już od samego początku, bo nie mogłam postarać się o to, żeby moje dziecko było zdrowe i mogło leżeć obok mnie,
  • a kończyło się na bezgranicznym smutku, bo ta mała Wredotka leżała kilka pokoi dalej sama – niby jej było ciepło i bezpiecznie, ale co przy mamie to przy mamie.
W końcu 28 listopada, po południu wpadłam w taką „histerię”, że nie mogłam zapanować nad emocjami nawet po dostaniu porządnego syropku na uspokojenie. Decyzja była szybka – Wredotka wychodzi z inkubatora żebym się mogła nią zająć. Jakbym wiedziała, że takie zachowanie poskutkuje, to od razu po porodzie zaczęłabym tak oficjalnie beczeć, zamiast chować się z tym po kątach.

Osiołek jak się dowiedział, że Wredotkę wyciągają ze szklanego gniazdka przyleciał do szpitala jak na skrzydłach. Do teraz jeszcze czuję to małe cieplutkie ciałko przytulone po raz pierwszy do mojej piersi. Była taka drobniutka, chudziutka i delikatna. Tą swoją malutką piąstkę położyła mi koło serduszka – bezcenne. Od tego momentu zaczęliśmy budowanie nowego życia – w trójkę.

Dwa dni później dostaliśmy wypis ze szpitala. Wyszliśmy z oddziału o 23... choć nie obyło się bez przygód. Osiołek zabrał opatuloną po czubek nosa Wredotkę do samochodu, a ja czekałam jeszcze na jej wypis. Stałam grzecznie na korytarzu, a tu patrzę leci osiołek cały blady na twarzy, macha nosidełkiem i ledwie oddech łapie. „Mała nie oddycha!” Dotykam jej policzki – chłodne, lekko nią potrząsam – nic, podkładam palec pod nos – no przecież oddycha! Wredzi tak podobała się myśl, że jedzie wreszcie do domu, że zasnęła jak kamień :)

Kolejne dni mijały spokojnie... Ja rodzinę mam sporą, więc Wredotkę odwiedziło, mnóstwo gości, począwszy od babć i dziadków, poprzez prababcie, aż do wszelkiego rodzaju cioć i wujków. Każdy zachwycał się małą istotką – bo było się czym zachwycać, że tak nieskromnie powiem.

Co więcej jestem wdzięczna mojej rodzinie, rodzinie Osiołka i naszym przyjaciołom, za wsparcie i pomoc, które nam okazywali od samego początku. Każdy żywo interesował się rączką malutkiej, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pytali jak mogą nam pomóc. Nikt nie okazał ani odrobiny uczuć negatywnych - czego troszkę się obawiałam, bo nie oszukujmy się reakcje ludzi na osoby niepełnosprawne, z różnego rodzaju wadami, bywają nie zawsze książkowo tolerancyjne.

Malutka przeszła szereg badań:
  • kardiologicznych – serduszko się unormowało samo z siebie i nie ma już żadnych nieprawidłowości w przepływach
  • genetycznych – w celu wykluczenia innych chorób, które mogłyby spowodować niedorozwój rączki
  • ortopedycznych – na dzień dzisiejszy Wredotka jest po dwóch operacjach( pierwsza jak miała 2 miesiące i druga jak miała 3 i pół), które miały na celu zniwelowanie przewężenia amiotycznego w nadgarstku. Obecnie czekamy na kolejny zabieg, który poprawi wygląd ręki, ale na to mamy jeszcze trochę czasu.
Z wstępu do naszej historii to tyle... nie będę się rozpisywać co dokładnie działo się dzień po dniu, bo ciężko przeklepać siedem miesięcy, dwa tygodnie i dwa dni z życia dziecka na wirtualny papier. Gdybym chciała to zrobić w soposób dokładny to zajęłoby mi to z dobry miesiąc. Owszem pamiętam dokładnie pierwsze gawożenie, pierwsze próby dźwigania się, siadania, pierwsze „baba” i „nie”, pierwszy obiadek z marchewki, pierwsze zaciskanie piąstki ze złości, pierwszy ząbek. Mam to wszystko dobrze udokumentowane na zdjęciach i filmikach.

Teraz wolę się skupić na naszej rodzinnej codzienności... jesteśmy zwyczajnie-niezwyczajni i nudno-ciekawi... Każdy dzień wygląda niby tak samo, a jednak inaczej... i o tym chcę pisać dla Ciebie malutka, żebyś potem miała czarno na białym, jak to z nami było...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz