Translate

środa, 31 lipca 2013

...odchorowane, opisane...

Trzy dni leżenia i względnej izolacji od dziecka za mną... nie ma to jak zjeść śledzia z cebulką i jogurtem naturalnym i nabawić się zatrucia... Fakt, schudnąć to ja chcę, ale niekoniecznie przy takich męczarniach... Zaczęło się w niedzielę, skrętem kiszek i niskim ciśnieniem... w poniedziałek na izbie przyjęć mnie "kroplówkowali", wczoraj jeszcze leżałam plackiem prawie... a dziś względnie zdrowa mogłam już dziecko całować... Niby lekarka mówiła, że to nie wirusówka i bakterii nie roznoszę, ale przezorny zawsze ubezpieczony, więc na wszelki wypadek ograniczyłam z Wredzią kontakt... (odpukać) mała chora jak na razie nie była i nie mam zamiaru niepotrzebnie ryzykować... podobno chore dziecko to "złe" dziecko, a ja uwielbiam jak moja jest dzieckiem "dobrym"... :) Wredotce się chyba fakt izolacji nie podobał tak do końca, bo ona najbardziej szczęśliwa jest jak tata i mama się z nią razem kulają po podłodze... ale wyjścia nie miała :) Przez moment prawie panikować zaczęłam bo młoda zwymiotowała całe jedzonko... już myślałam, że jakimś cudem wredna matka ją zaraziła... ale okazało się, że owszem matka jest wredna tylko, że z innego powodu... dała dziecku winogrono, którego mały łapczywiec nie zdążył dobrze pogryźć... rezultatem czego była fontanna... którą musiałam bez gadania uprzątnąć... ehh... jak ja bym takiego bałaganu przez swoją łapczywość narobiła, to raczej nie miałabym co liczyć na to, że ktoś za mnie posprząta... i gdzie tu sprawiedliwość!

Żeby nie było, że ja taka pokrzywdzona i dziecko mi w niczym nie pomaga... szkolę sobie w Wredzi od najmłodszych lat dobre nawyki... rezultatem tego jest pomoc w wieszaniu prania:


Jak widać więcej kramelek walało się po podłodze, niż zostało podane mamie... ale cóż... liczą się dobre chęci... które swoją drogą były tak dobre, że zakończyły się zgonem... tak jak siadła tak zasnęła:






Jutro wyruszam na poszukiwanie pierwszej mini gumki do włosów... bo jak to przesądy mówią, dziecka obcinać przed roczkiem niby nie wolno, a Wredotka ma taką grzywkę, że już ją dosłownie po oczach gilgocze... spróbujemy zrobić mini warkoczyka na czubku małego łebka... oby się operacja powiodła, bo inaczej desperacja mnie do nożyczek zaciągnie, a wtedy żadna babcia nie zdąży swoich racji wygłosić...

Dobranoc :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz